Pożegnaliśmy kolegę Jacka Kotlickiego

jacek k

9 sierpnia pożegnaliśmy Jacka Kotlickiego. Uroczego, wrażliwego człowieka, lekarza obdarzonego łaską empatii, naszego Kolegę – interesującego poetę. O poetyckich domenach Jacka piszę dalej. Ale przecież nie mogę pominąć jednej ważnej cechy i pasji zarazem Jacka – umiłowania irlandzkich piękności (seterek). Nasze rozmowy w równej mierze były poświęcone literaturze jak zachowaniom tudzież kondycji naszych pupilek. Ja mówiłem o Gabi (labradorce) , Jacek najpierw o Corze, potem Laryssie , w końcu ( po odejściu tych dwu) o niesfornej acz przeuroczej Aryssie. A piszę to mając przecież w myśli powagę śmierci. Tak sobie myślę bowiem, że przy Piotrowej bramie powita Jacka także święty Franciszek patron „braci mniejszych”. Miarą człowieczeństwa i naszych zasług, jakie za życia zyskujemy, jest miłość do powierzonych nam przyjaciół zwierzęcych.

Będziesz w naszej pamięci, Jacku. Odpoczywaj w pokoju.

Przypominam niżej swoją minirecenzję poetyckiego tomu Jacka:

Słowo jako farmakoon

Czytelnicy „Dżumy” pamiętają , że obok pierwszoplanowych postaci pojawia się tam skromny urzędnik Józef Grand. Celem jego życia jest nie monotonna, nużąca praca biurowa, ale „niedzielne pisanie”. „Pisanie” – to za wiele powiedziano. Nasz bohater tworzy bowiem jedno tylko zdanie o pięknej kobiecie, która wybiera się na przejażdżkę na rączej bułance. Konstruuje on niezliczone wersje tego tekstu – zdania mając nadzieję, że w końcu znajdzie idealną formułę powiadomienia – epifanii, które zarazem jest celem, sensem i uwieńczeniem jego życia.

Wielce to sympatyczna postać, choć nie bez pewnej ironii Camus to cyzelowanie banalnej (tak się wydaje) informacji przedstawia. W końcu J. Grand znajdzie się w środku szalejącej dżumy i przejmie rolę zapisywacza jej ofiar – będzie prowadził rejestr zgonów. Ale czy w tej parabolicznej powieści sama działalność literacka naszego urzędnika nie jest dodatkową jeszcze parabolą? Zawarto w niej bowiem piękną utopię Słowa, które uzdrawia, które jest lekarstwem (farmakoon), słowa, które stanowi o godności ludzkiej osoby.

Myślę o Józefie Grandzie, kiedy spotykam się z twórczością poświęconą jednej obsesji (jednemu zdaniu), której zaprzedaje się duszę i życie. Na ogół taką wiarę w słowo prezentują twórcy, których nie zepsuła jeszcze filologia czy profesjonalne środowisko literackie. Tzw. twórca profesjonalny musi być obdarzony pewną porcją dystansu wobec własnych zamierzeń, musi się poddać rytmowi naszych czasów, pędzić do przodu, zapomnieć o klasycystycznej zasadzie „cyzelowania” – ponawiania tekstu.

Znam takiego uroczego człowieka, znakomitego neurologa, akademickiego wykładowcę, który tę swoją lekarską duszę zaprzedał sonetowi. Nie chodzi mi tylko o to, że pisze sonety, bo przecież takich poetów jest legion, ale o zabiegi metapoetyckie, które zasadzają się na tym, iżby strukturę sonetu poddać kompletnej analizie. Po pierwsze – zastanowić się nad jego (sc. Sonetu) wersyfikacyjną pojemnością. Znamy z literatury polskiej sonety jedenasto- i trzynastozgłoskowe. A dlaczego nie stworzyć sonetów jedno – dwu – trzy – etc. zgłoskowych. Naszemu poecie się to udało. I jeszcze – konstrukcja sonetu jest tak kunsztowna i trudna, ponieważ wyznaczał ją układ rymów. A może się pokusić o eksperyment „wyzbywania się rymu” i doprowadzić w efekcie do „sonetu białego”? Naszemu poecie i to się udaje.

Idzie on wszakże dalej. Poddaje sonetową materię tekstu różnym transformacjom konsekwentnie (bo takie próby już były czynione) wprowadzając dodatkowe znakowe zapośredniczenia. Tworzy sonety w „kolorach tęczy”. Sonet nie przywołuje (nazywa) kolorów, on sam jest „zielony”, „fioletowy”, „biały”. I dalej jeszcze sonet – tekst jest także Księgą świata, w której zapisane są szyfry życia naszego Autora. Zdumiewająca to władność i godna szacunku wiara w słowo. Zdarza mi się na zajęciach z poetyki korzystać
z doświadczeń naszego Poety i wiem nadto, że z powodzeniem mógłby mnie -filologa on – lekarz na tych zajęciach zastąpić.

Honorując jego wiarę w poezję i warsztatowy kunszt przywołam poniżej jeden z jego sonetów:

Wielki Kanion

Poprzez wielki kanion wczorajszego dnia

Kursują pociągi dalekobieżne.

Nie ma przystanków czasu – na żądanie

Tkwiących przy kartofliskach wyobraźni.

 

Są tylko stacje dokonanych zdarzeń

Stojące na torach czasoprzestrzeni,

Za nimi blaskiem gwiazd przeszłość się mieni

Kołysana hamakiem naszych wrażeń

 

Okryta czynów spiżową zielenią.

Pośród warstw dźwięków mijających godzin

-Będzie chciał kiedyś dotrzeć do kanionu

 

Zaplątany w czasie twój samotny cień,

Dręczony marą nadziei, płomieni.

I dotrze .. spóźniony o jutrzejszy dzień

(Jacek Kotlicki, Wybór sonetów, Łódź 2001.)

Henryk Pustkowski

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Członkowie Oddziału. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s